sierpnia 22, 2017

Kocham się! MIYA: Odżywczy krem z olejkiem z róży

Kocham się! MIYA: Odżywczy krem z olejkiem z róży

Dziś przychodzę ( w ogóle to czy do internetu można przychodzić? Jakoś się tak utarło, wiele osób tak pisze, ale w sumie jest to komiczne...) z kremem na dzień, który jako jeden z dotychczas nielicznych spodobał mi się. Bo choć w wypadku kremów na noc nie mam problemów i większość mnie do siebie przekonuje, tak wobec tych dziennych często kręcę nosem. Osławiony przez blogerki i rzeczywiście dobry, ale nie aż tak, jak się go w internecie bardzo często przedstawia.



Produkt
Jest to kosmetyk wchodzący w skład serii myWONDERBALM, składającej się z czterech produktów. Wersja, którą wybrałam, to I Love Me - krem odżywczy z olejkiem z róży. To kosmetyk bardzo uniwersalny - do stosowania wszędzie (twarz, oczy, dłonie, ciało...) i dla każdego typu cery, w dodatku w trybie dzień&noc, a nawet jako maseczka. Kremy te są dostępne we wszystkich największych drogeriach (Rossmann, hebe, Superpharm), a ich koszt to 29,99/75ml w cenie regularnej.


Aplikacja
Produkt jest zamknięty w wygodnej tubce, która, mimo bardzo prostego designu, prezentuje się ładnie ze względu na żywy kolor. Opakowanie jest zrobione z mało elastycznego tworzywa, więc gdy krem jest na wykończeniu, wychodzi dosyć opornie. Podobnie rzecz ma się z jego aplikacją już na skórze - jest to dosyć gęsty i treściwy produkt, który wymaga chwili na równomierne rozłożenie. Przez swoją konsystencję trzeba mu dać czas również na wchłonienie się. Dobra wiadomość dla anty-fanów zapachu róży, takich jak ja - zapach nie jest nachalny, oczywiście czuć różę, ale delikatnie. 


Co do kwestii jego licznych sposobów nakładania, już je dokładnie omawiam:
  • Krem na dzień - jak najbardziej, zgodzę się z tym, o ile ktoś lubi rozświetloną i błyszczącą cerę. 
  • Krem na noc - moim zdaniem również w tej roli się sprawdzi,  aczkolwiek bardziej latem, kiedy wysokie temperatury i wszechobecny gorąc sprawiają, że ogólnie sięgamy po lżejsze produkty. Zimą natomiast sugerowałabym krem bardziej treściwy. Warto jeszcze wspomnieć, że wersja 2w1 (dzień&noc) to także fajna opcja tymczasowa, np. w czasie wyjazdów, kiedy nie chcemy lub nie możemy brać ze sobą miliona różnych kosmetyków.
  • Primer pod podkład - tutaj należy uważać. Ze względu na swoją konsystencję i treściwy skład, krem z niektórymi fluidami współgra świetnie, z kolei inne się po nim ślizgają i nie chcą osiąść na skórze. W tym wypadku pozostaje nam więc jedynie metoda prób i błędów, którą sprawdzimy, które nasze podkłady się z nim lubią, a które nie.
  • Maseczka - absolutnie nie. Maska to maska, a krem to krem. Poza tym jeżeli nałożę tego kremu za dużo, zwyczajnie się on nie wchłonie.
  • Krem do wszystkiego - w ten sposób generalnie możemy zużyć każdy krem przeznaczony do twarzy. Dłonie i ciało są mniej wrażliwie, a dekolt i szyja porównywalnie do cery, więc praktycznie wszystko, co sprawdzi nam się do twarzy, nada się do stosowania na pozostałe partie ciała, o ile nie szkoda nam zużyć taki krem np. do stóp. A co do okolic pod oczami, tu sprawa wygląda podobnie, jest to już kwestia indywidualna, gdyż okolice oczu u każdego są w różnym stopniu delikatne. Podsumowując, ta uniwersalność nie jest wcale taka odkrywcza.




Działanie
Po nałożeniu kosmetyku cera bardzo mocno się świeci, ale w tym wypadku nie można tego potraktować jako minus, bo producent jasno deklaruje i obiecuje rozświetlenie - mamy więc to, czego powinnyśmy się spodziewać. Krem dobrze nawilża i odżywia skórę, a po zużyciu całej tubki mogę stwierdzić, że delikatnie rozjaśnia i minimalizuje przebarwienia. Nie jest to jakiś robiący wrażenie efekt, ale jednak muszę przyznać, że w tej kwestii nie ma zakłamania - coś jednak w tym kierunku czyni. I uwaga - ważna informacja dla osób z cerą trądzikową, problematyczną, skłonną do zapychania bądź po prostu wybredną - pomimo treściwego i bogatego w olejki, krem ten (na szczęście) nie zapycha cery. 






Skład
Nie jest to w pełni naturalny produkt, ale skład i tak ma (przynajmniej moim zdaniem) bardzo fajny - pozbawiony parabenów, silikonów, olejów mineralnych, sztucznych barwników, PEG-ów, parafiny i glikolu propylenowego, a 97% składników jest pochodzenia naturalnego. Dociekliwi mogą doczepić się obecności np. Phenoxyethanolu. Ja osobiście machnęłam na to ręką, aczkolwiek każdy ma swój rozum i podejście do nienaturalnych składników.

Z kolei na uwagę zasługują:
  • Olejek z owoców dzikiej róży - poprawia kondycję skóry. Tonizuje ją, nawilża, rozświetla i zmniejsza zaczerwienienia. Wyrównuje koloryt, rozświetla. 
  • Olejek makadamia - odżywia i wygładza skórę, odbudowując jej warstwę ochronną. 
  • Olejek sezamowy - ma działanie zbliżone do olejku makadamia, również doskonale odżywia skórę, nadaje jej miękkość i uelastycznia ją. 
  • Olejek słonecznikowy - wzmacnia i wygładza skórę, nadając jej miękkość. 
  • Ekstrakt z alg - nadaje skórze elastyczność, nawilża ją, odżywia i wygładza. 
  • Witamina E - działa podobnie, nawilża i odżywia skórę, nadając jej elastyczność i miękkość.

Pełen skład: Aqua (Water), Sesamum Indicum (Sesame) Seed Oil, Decyl Oleate, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Stearic Acid, Glycine Soja (Soybean) Oil, Glycine Soja (Soybean) Oil Unsaponifiables, Rosa Canina (Rosehip) Fruit Oil, Sodium Polyacrylate, Phenoxyethanol, Helianthus Annuus Seed Oil, Algae Extract, Plankton Extract, Ascophyllum Nodosum Extract, Fucus Vesiculosus Extract, Crithmum Maritimum Extract, Tocopheryl Acetate, Xanthan Gum, Ethylhexylglycerin, Triethanolamine, Sodium Phytate, Alkohol, Parfum (Fragrance), Citronellol, Geraniol.




Podsumowanie
Szczerze wam polecam ten krem. Nie wiem jak inne z tej serii, bo dopiero niedawno poznałam tę markę i póki co mam za sobą zużycie I Love Me, a przede mną Hello Yellow, który właśnie otworzyłam. Jeżeli również się sprawdzi, chętnie sięgnę po kolejny, Call Me Later, z masłem shea. Jedynie skreślam I'm Coco Nuts, bo kokos w kosmetykach to dla mnie koszmar, nienawidzę jego smaku i zapachu :P A tak ogólnie, jeszcze co do samego różanego kremu, uważam, że nie jest to żaden cudowny kosmetyk, na jaki bywał kreowany, ale naprawdę dobry krem do twarzy, z treściwym składem, ogólnie dostępny, a do tego niedrogi - 30zł za 75ml to nie jest dużo, a czasami można go dorwać za 15-20zł na promocjach (co przy jego pojemności jest sprawą groszową. Mnie samej się to udało, zakupiłam go za 16zł w hebe, jestem januszem okazji, przyznaję się xD). 



PODOBNE POSTY:

sierpnia 15, 2017

Ślimakowa maska! SAEM: Pure Natural Mask Sheet SNAIL

Ślimakowa maska! SAEM: Pure Natural Mask Sheet SNAIL

Kolejna maska w płachcie, jak na pielęgnacyjnego addicta przystało, wszystko w normie. Tym razem to maseczka z najbardziej nietypowym składnikiem aktywnym z tych jak dotąd recenzowanych - bo ze śluzem ślimaka.


Produkt
Jest to maska koreańskiej marki SAEM, z którą jest to moja pierwsza styczność. Nie miałam wcześniej żadnych produktów tej firmy, ani nawet o niej nie słyszałam prawdę powiedziawszy. Weszłam jednak na stronę producenta (link tutaj), gdzie na szczęście można wybrać język angielski i troszeczkę w niej pogrzebałam. Moja maska należy do dość ubogiej serii Pure Natural, składającej się z aż dwóch masek: żen-szeniowej i ślimakowej właśnie. Na uwagę zasługuje opakowanie - zdjęcia tego nie oddają, ale odbija ono wszystko, wygląda, jak złote lustro.


Aplikacja
Maseczka w płachcie to idealna opcja dla leniwych. Wyjmujemy, zakładamy, czekamy, zdejmujemy, wyrzucamy i koniec tematu. A poważniej - jest wygodna, ponieważ płachta jest bardzo delikatna i elastyczna, bez problemu pozwalająca dopasować ją do twarzy. Materiał jest mocno nasączony, ale nie przesadnie, nie ocieka esencją. Twarz po nałożeniu maseczki delikatnie mnie piekła, aczkolwiek odczekałam wyznaczony czas (klasyczne 15-20 minut) i nic mi się nie stało - moja skóra nie szczypała, nie była zaczerwieniona, żadne niespodzianki nie pojawiły się także po dłuższym czasie, czyli kilku dniach. Domyślam się, że pieczenie nie było wywołane samą maską, lecz tym, że uprzednio wykonałam peeling enzymatyczny i to on nieco podrażnił moją skórę. 

 

Działanie
Ślimak generalnie robi wszystko - odmładza, regeneruje, zmiękcza naskórek, nawilża, leczy stany zapalne, ogólnie rzecz biorąc jest złotym środkiem. Efekty-cuda wymagają jednak regularnego stosowania, a ja maskę ze ślimaka miałam jedną, którą dostałam od sklepu Jolse przy okazji zakupów (haul tutaj), nie mogę więc wypowiedzieć się, czy rzeczywiście skutkuje, czy to jedynie mrzonki. Na pewno jednak śmiało wolno mi stwierdzić, że maseczka bardzo dobrze nawilżyła skórę, moja twarz następnego dnia od jej zastosowania była wyjątkowo gładka i przyjemna w dotyku.


Skład
Jak już wspomniałam, składnikiem aktywnym tej maski jest śluz ślimaka, oprócz niego produkt zawiera jeszcze ekstrakt z żeń-szenia. Poza tym w składzie występują stabilizatory, substancje wiążące, konserwanty i tym podobne. Nie jest to za bardzo naturalny skład, ale nie ma tragedii (jego analizę pod kątem ryzyka podrażnienia przez dane składniki znajdziecie tutaj).

Skład: Water, Glycerin, Butylene Glycol, Glycereth-26, Carbomer, Arginine, Snail Secretion Filtrate, Adenosine, Disodium EDTA, Betaine, Panax Ginseng Callus Culture Extract, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Glycosaminoglycans, Trisodium EDTA, Potassium Sorbate, Phenoxyethanol, Chlorphenesin, Perfume.


Podsumowanie
Myślę, że jest to maska ciekawa i warta uwagi, ze względu na swoją zawartość śluzu ślimaka. Osobiście jednak preferuję tego typu składniki aktywne w formie żeli lub kremów, więc zaopatrzyłam się także w 97% żel ze śluzu ślimaka (następca 99% żelu aloesowego). Więcej śluzu w produkcie, a do tego wydajniej, nic, tylko czekać na efekty :P


Podobne posty:

sierpnia 08, 2017

Jolse - z czym to się je?

Jolse - z czym to się je?


Jak zamawiać na Jolse? Jak wygląda kwestia cła, płatności, czasu oczekiwania na przesyłkę? Sama byłam ciekawa i pełna obaw przy swoim pierwszym zamówieniu (pisałam o nim tutaj), acz w tym momencie mogę powiedzieć śmiało, że nie jest to takie straszne, a godne polecenia!

Asortyment
Jolse jest sklepem internetowym z kosmetykami koreańskimi, w którym znajdziemy praktycznie wszystko: pielęgnację od A do Z dla pań oraz panów, skierowaną do każdej części ciała: twarzy, dłoni, ciała, stóp, paznokci oraz włosów, a także kolorówkę, czyli kosmetyki do makijażu, w tym osławione już kremy BB.

Ceny
Na Jolse ceny podane są w USD, czyli dolarach amerykańskich i w tejże walucie dokonujemy płatności. Nie jest to jakiś większy problem - w internecie jest od cholery kalkulatorów walut, więc w każdej chwili możemy sprawdzić ile dany przedmiot kosztuje "na nasze". Jednakże mimo płatności w innej walucie, większość kosmetyków jest tańsza o jakieś 20%, a część z nich kosztuje nawet... 1/4 tego, co w Polsce. Przykładowo, jak pokazywałam wam w haulu, ja zamówiłam zestaw 11 maseczek marki Tony Moly, za cały zestaw w cenie promocyjnej płacąc 9.90$, czyli 35zł i 66 groszy, co daje cenę... 3zł i 24 groszy za jedną maseczkę, których ceny u nas wahają się od 10 do nawet 20 złotych. Wszystkie produkty są tańsze w cenach regularnych, ponadto na Jolse bardzo często są organizowane tygodnie zniżek na konkretne marki

 

Ja właśnie z takiej promocji skorzystałam i zapłaciłam za swoje zakupy o dodatkowe 40$ mniej niż podczas sprzedaży regularnej. Fajną opcją jest też to, że przy każdym przedmiocie jest informacja ile w cenie, to przebicie sklepu i jego zarobek. Wartość ta jest opisana zarówno pieniężnie, jak i w procentach. Dodatkowo, przy rejestracji otrzymujemy 3$ do wykorzystania (ja zużyłam je od razu przy pierwszym zamówieniu), a robiąc zakupy za każdym razem "zbieramy" sobie kolejne dodatkowe dolary na następny raz.


Cło
Przed dokonaniem zamówienia dużo czytałam na temat cła i vatu, chcąc wiedzieć, czym ryzykuję. Nie wiem na ile prawdy w tym, do czego udało mi się dotrzeć, ale podobno Polska ma z Koreą podpisaną jakąś umowę i cło przy zakupach z tego kraju nie obowiązuje, aczkolwiek kwestia podatku wciąż pozostaje aktualna. Jednakże, Jolse na swojej stronie informuje, że wartość każdych zakupów zaniża, a oprócz tego paczki nadaje jako prezent, aby klienci sklepu unikneli dodatkowych kosztów. I potwierdzam, że jest to prawda - wartość mojego zamówienia z ponad 40$ została zaniżona do... 5$, a paczka doszła bez problemów i nieprzyjemności dla portfela.

Płatności
Robiąc zakupy na Jolse płatności możemy dokonać na kilka sposobów: za pomocą karty kredytowej, konta na paypalu, lub poprzez portal paypal bez posiadania tam konta z użyciem kart debetowej. Niestety wiąże się to z dodatkowymi opłatami, co wynika z różnicy walut - dodatkowe płatności to koszt ich transferu. nie jest on jednak duży, wynosi około 10zł. 

Przesyłka
Na stronie sklepu znajduje się informacja, że samo kompletowanie zamówienia trwa do tygodnia, chyba, że dokonaliśmy zakupów podczas tygodnia zniżek - w takim wypadku może trwać ono dłużej. Status naszej przesyłki możemy oczywiście kontrolować po zalogowaniu w zakładce Orders. W moim wypadku trwało to półtorej tygodnia. Z kolei sam czas dojścia paczki jest uzależniony od wybranej opcji dostawy, których jest kilka: zwykłym listem, paczką z opcją śledzenia (trackingu) oraz kurierem. W pierwszym i drugim wypadku zamówienie może iść teoretycznie do miesiąca, acz w moim wypadku trwało to 2 tygodnie. Kurier, jak to kurier, jest szybszy. List jest wysyłany całkowicie bezpłatnie, z kolei wysyłka z opcją śledzenia paczki jest płatka 2.5$ (czyli około 10zł) lub darmowa w wypadku zamówień powyżej 40$. W takim wypadku należy zaznaczyć opcję z trackingiem za 2.5$, ale koszt ten nie zostanie nam naliczony.


Nr paczki oraz link bezpośredni do jej trackingu otrzymujemy mailem. I tutaj UWAGA! Czasami link nie działa - nie jest to oszustwo, odświeżcie go po kilku godzinach i zaskoczy. Po prostu strona jest na jakimś słabym serwerze, który często ulega przeciążeniom. Inną ważną informacją jest to, że na początku, nim paczka trafi do Polski, śledzimy ją poprzez pocztę koreańską, a po tym jak trafi do Warszawy, możemy przekopiować nr trackingowy i obserwować jej losy poprzez stronę poczty polskiej. Jeżeli wyskoczy w koreańskiej poczcie wyskoczy wam coś takiego jak unsuccesful delivery to nie przejmujcie się tym od razu, lecz sprawdźcie stan przesyłki na poczcie polskiej - w moim wypadku informacje na koreańskiej stronie były niepełne, a na stronie naszej poczty widniał komunikat, że paczka jest do odbioru w placówce.

Gratisy
Fajną rzeczą w zakupach na Jolse jest też to, że za każde zakupy otrzymujemy gratisy w formie pełnowymiarowych produktów, a do tego sporą ilość próbek. 



To by było na tyle. Mam nadzieję, że wszystko co ważne i istotne, zdołałam wam przybliżyć i wyjaśnić. W razie jakbyście miały jakieś pytania - piszcie w komentarzach, zwykle odpowiadam jeszcze tego samego dnia, chyba, że gdzieś wyjadę :)


sierpnia 03, 2017

Koreański haul kosmetyczny | Zakupy na Jolse.com

Koreański haul kosmetyczny | Zakupy na Jolse.com



Zgodnie z obietnicą - zapowiadany haul kosmetyczny z kosmetykami koreańskimi zakupionymi poprzez Jolse. Kupiłam praktycznie same rzeczy do pielęgnacji i jeden kosmetyk do makijażu. Wszystkie rzeczy zakupiłam podczas tygodnia zniżek i każda z nich była przeceniona o 20%, jednak wam przy produktach podam ich ceny regularne.

 
  • ARITAUM  - Aloe No Wash Cleanging Water - płyn micelarny składający się w 91% z wody aloesowej pochodzącej z regionu Jeju w Korei. Nawilża skórę. Nie posiada w sobie sztucznych barwników, substancji zapachowych, ani oleju mineralnego. Jego pojemność wynosi 300ml. Kosztuje 11.98$.
  • Nature Republic - Fresh Herb Aloe Cleansing Foam - jest to aloesowy żel do mycia twarzy, a właściwie pianka. Oprócz aloesu, posiada w sobie ekstrakty z dziesięciu innych ziół i kwiatów. Ma pojemność 170ml. Kosztuje 9.98$.
 
     
  • SkinFood - Aloe Sunscreen BB Cream - to koreański krem BB, który zawiera w sobie ekstrakt z aloesu. Ma delikatną i lekką konsystencję, kryje i wyrównuje koloryt skóry, rozświetla cerę, nawilża, a także chroni przed słońcem dzięki SPF20. Jego pojemność wynosi 50g. Kosztuje 10.98$.

  
  • Holika Holika - Gudetama LAZY&EASY Smooth Egg Skin Peeling Gel - peeling enzymatyczny, który oprócz usuwania suchych skórek i martwego naskórka, ma za zadanie także oczyścić pory. Jego pojemność wynosi 140 ml. Kosztuje 14.18$. Przy czym, co ciekawe, to jeśli chodzi o ten peeling, ja zamówiłam jego tańszą wersję (za 11$, a nie 14) - ot, zwykłe jajko, nie Gudetamę. Jednakże już po zakupie i dokonaniu wpłaty okazało się, że tego peelingu na stanie nie ma, więc w cenie klasycznego jajka otrzymałam droższą wersję - Gudetamę :D  


  •  SAEM - Iceland Micro Hydrating Eye Stick - to chłodząco-nawilżający stick pod oczy. Zawiera wodę mineralną pochodzącą z Islandii, dzięki czemu nawilża, ale także odświeża i schładza okolicę pod oczami. Ma 8g. Kosztuje 8.28$.


  •   Ryeohui - 97% snail Soothing Gel - to żel składający się w 97% ze śluzu ślimaka. Śluz ten, podobnie jak żel z aloesu, słynie ze swoich regenerujących i kojących właściwości. Oprócz tego, tak samo jak aloes, jest uniwersalny - nadaje się do stosowania na twarz, ciało, włosy. Opakowanie zawiera 300ml produktu. Kosztuje 10.98$.

  
  • Tony Moly - I'm Real Mask Sheet SET - to zestaw maseczek w płachcie marki Tony Moly z serii I'm Real. W skład zestawu wchodzą maseczki oczyszczające, regenerujące, nawilżające, rozjaśniające przebarwienia, rewitalizujące, odżywcze i ujędrniające. W skład zestawu wchodzi w sumie 11 masek. Zestaw kosztuje 13.48$.



  • SAEM - Pure Natural Mask Sheet - to maska w płachcie z ekstraktem ze śluzu ślimaka.Tę maskę dostałam gratis. 



Oprócz maski otrzymałam także zestaw próbek, w którego skład wchodzą:
  •  JOLSE - Blotting paper - bibiułki matujące.
  • Holika Holika - Smooth Egg Skin Peeling Gel - czyli jajko peelingujące, które zamówiłam, a którego nie było na stanie.
  • TONY LAB - AC Control Acne Foam Cleancer - pianka do mycia twarzy zwalczająca trądzik.
  • Tony Moly - Banana Hand Milk - bananowy krem do rąk.
  • Lioele - Dollish Veil Vita - krem BB z witaminami i SPF25.
  • Tony Moly - Luminous Goddess Aura - rozświetlający krem BB.
  • 2xTony Moly - Prestige Jeju Mayu Treatment Hand Cream - krem do rąk zawierający naturalnie sfermentowane ceramidy.
  • LUKE - Charcoal Nose Cleansing Strips - węglowe płatki na nos oczyszczające pory.
Jak widać, zakupy spore, ale nie przesadzone, bo w zasadzie nie kupiłam żadnych pierdół, tylko kosmetyki, które zużyję do codziennej pielęgnacji. A gdy już to nastąpi, zrobię na pewno kolejne zakupy, bo Jolse to istny kosmetyczny raj i są tam rzeczy niezwykłe. Ale to w dalszej przyszłości, na razie czeka mnie zakupowy post ;) A na dniach pojawi się zapowiadana relacja z zakupów - jak dokładnie wygląda kwestia cła, dostawy, trackingu, czasu oczekiwania, zapłaty... Więc zaglądajcie tu, jeśli same zastanawiacie się nad kupnem kosmetyków na Jolse. A uwierzcie - jest to opłacalne, bo kosmetyki te są dużo tańsze niż w Polsce, dodatkowo często są tygodnie zniżkowe, no i jak widzicie, Jolse nie szczędzi gratisów i próbek.


A wy co kupiłyście bądź kupiłybyście na Jolse? <3

lipca 31, 2017

Węglowy detoks cery! L'biotica: Maska węglowa

Węglowy detoks cery! L'biotica: Maska węglowa

Maska węglowa marki L'biotica to moja kolejna i prawdopodobnie także ostatnia maska tej firmy. Zakupiłam ją jakiś czas temu, wraz z wersją aloesową i podobnie do tamtej - nie chwyciła mnie ona za serce.



Produkt
To maska w płachcie, której głównym składnikiem jest węgiel. Jej zadaniem jest oczyszczenie naszej cery, wykonanie detoksu skóry, a także działanie przeciwtrądzikowe. Ponadto, producent deklaruje, że również nawilży cerę.

Maska jest zapakowana podwójnie - z wierzchu znajduje się karton będący osłoną dla właściwej torebki z maseczką.




Aplikacja
Płachta, z której wykonano maskę, jest czarna, wygląda się w niej więc dosyć zabawnie, bo jak w kominiarce - pielęgnacja i możliwość spontanicznego napadu w jednym. A poważniej, materiał jest gruby i sztywny, nie pozwala na odpowiednie dopasowanie maski do twarzy i odstaje, a sama płachta ma kiepsko wycięte otwory, nie należy do tych wygodnych. W związku z tym, pomimo tego, że prosta aplikacja jest atutem masek w płacie, ta nie może się tym pochwalić.



Działanie
Maska nawilża, ale to tyle. Żadna z pozostałych obietnic nie została spełniona - nie zauważyłam, aby moje pory zostały oczyszczone, usuniętych martwych skórek (tak, taka deklaracja na stronie marki również padła), zmniejszenia wyprysków, ani uregulowania wydzielania sebum... 



Skład
Na opakowaniu maski widzimy, że produkt ten nie zawiera w sobie parabenów, ani SLS. Warto jednak pamiętać, że nie jest to maseczka w pełni naturalna, a jedynie wolna od wyżej wymnienionych produktów.

Skład: Aqua, Glycerin, Methylpropanediol, Bupleurum Chinensis Root Extract, Chaenomeles Sinensis Fruit Extract, Ficus Carica (Fig) Fruit Extract, Beta-Glucan, Sodium Hyaluronate, Hydrolyzed Collagen, Acetyl Hexapeptide-8, Ceramide NP, Hydrogenated Lecithin, Caprylic/Capric Triglyceride, Tocopheryl Acetate, Ascorbic Acid, Charcoal Powder, Pearl Extract, Xanthan Gum, PEG-14M, Hydroxyethylcellulose, Disodium EDTA, Allantoin, Chlorphenesin, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Phenoxyethanol, 1,2-Hexanediol, Propanediol, Caprylyl Glycol, Illicium Verum (Anise) Fruit Extract, Parfum.

Podsumowanie
Uważam, że cena tych masek (19,99) w stosunku do ich jakości jest bardzo wygórowana i nie warto zawracać sobie nimi głowy. Powtórzę się: maski azjatyckie są lepsze, a przy tym coraz lepiej dostępne, w tym stacjonarnie, a ich ceny wahają się od 10 do 40zł. 

Przy okazji powiem jeszcze, że moja paczka z jolse jest już w trakcie transportu z Warszawy do mojego domu, więc prawdopodobnie pod koniec tego tygodnia na blogu pojawi się haul kosmetyków azjatyckich, a po nim napiszę o tym jak zamawiać, jak wygląda kwestia cła itp. Jeżeli więc jesteście zainteresowanie, koniecznie tu zaglądajcie :)


PODOBNE POSTY:





lipca 25, 2017

Pomidorowa przekąska dla skóry - Holika Holika: Tomato Juicy Mask Sheet

Pomidorowa przekąska dla skóry - Holika Holika: Tomato Juicy Mask Sheet

Bardzo lubię maseczki marki Holika Holika, seria Pure Essence należy do moich maseczkowych faworytów. Ogrom pozytywnych opinii zebrała w internecie - a szczególnie na youtube - również i inna seria z tej firmy, Juicy Mask Sheet. Dlatego również postanowiłam sięgnąć po jedną z nich.


Produkt
Oczywiście są to maski w płachcie, występujące w kilku wersjach: granatowej, jagodowej, miodowej, aloesowej, herbacianej, mango (bądź też, jak mówi mój ośmioletni brat - mangowej xD) oraz pomidorowej, którą wybrałam. Kosmetyki te są bogate w witaminy A, C, D oraz minerały pochodzące z roślin naturalnych i owoców. Wersja wybrana przeze mnie ma za zadanie także rozjaśnić przebarwienia po trądziku, a także łagodzić takie zmiany skórne. Producent deklaruje także, że produkt ten przywraca blask zmęczonej i szarej cerze.


Aplikacja
Jest bardzo wygodna, jak na maseczkę w płachcie przystało. Materiał jest mocno nasączony, ale nie mokry, raczej intensywnie wilgotny. Esencja nie ścieka z płatu, a po wyjęciu jej nie zostało także zbyt wiele płynu w opakowaniu. Maskę aplikujemy na 15-20 minut. Płachta jest wygodna, można ją swobodnie dopasować do kształtu twarzy, materiał jest delikatny. 


Działanie
Maseczka nie podrażnia skóry, nawet wtedy, gdy nałożymy ją na świeże zmiany - jest bardzo łagodna. Naprawdę dobrze nawilża i przyjemnie chłodzi, a cera po jej użyciu jest bardziej promienna. Niestety nie radzi sobie z przebarwieniami (być może rzeczywiście rozjaśniłaby je przy dłuższym stosowaniu, jednakże maska cytrynowa tej marki z innej linii postawiła poprzeczkę na tyle wysoko, że oczekiwałam ochów i achów od razu - ale więcej o tym w podsumowaniu). Specjalnie nałożyłam ją na świeżo wygojone zmiany i nie zauważyłam żadnej różnicy w ich wyglądzie - dalej mocno odznaczały się od skóry.



Skład
Głównym składnikiem jest oczywiście ekstrakt z pomidora, w którym występują liczne węglowodany, α-hydroksykwasy (AHA), a także witaminy. Dzięki temu reguluje utratę wody (TEWL) w warstwie rogowej. Jest bogaty w kwasy AHA (kwas cytrynowy, jabłkowy, glikolowy, mlekowy) posiadające działanie złuszczające, oczyszczające oraz odświeżające. Ponadto, w jego składzie występuje także wiele antyoksydantów (witamina A, E), które chronią cerę przed wolnymi rodnikami nie dopuszczając do procesów starzenia się skóry.

Maseczki z tej serii nie zawierają parabenów, olejów mineralnych i silikonów, nie są jednak w pełni naturalne - mamy w niej m.in. sztuczne konserwanty, które mi osobiście nie przeszkadzają.

Pełen skład: Water, Glycerin, Alcohol, Sodium Hyaluronate, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Phenoxyethanol, Carbomer, Triethanolamine, Solanum Lycopersicum (Tomato) Fruit Extract, Allantoin, Disodium EDTA, Fragrance, Actinidia Chinensis (Kiwi) Fruit Extract, Citrus Aurantifolia (Lime) Fruit Extract, Fragaria Chiloensis (Strawberry) Fruit Extract.


Podsumowanie
Te maseczki są w porządku, dobrze nawilżają, jeżeli jednak chodzi o tę markę, dużo bardziej odpowiadają mi te z serii Pure Essence. Cytrynowa jest moim hitem - po jej zastosowaniu świeże zmiany rzeczywiście zostają rozjaśnione i stają się bladoróżowe. Maska pomidorowa z serii Juicy Mask nawilża skórę i sprawia, że cera nabiera blasku, niestety nie ma co liczyć na jej pomoc w kwestii wybielenia przebarwień.

Swoją drogą, od razu zapowiem, że wkrótce napiszę post o zamówieniach poprzez stronę jolse.com, gdzie kosmetyki koreańskie można kupić nawet o połowę taniej niż w Polsce. Obecnie jeszcze czekam na paczkę (siedzi w Warszawie), ale jak tylko do mnie dotrze, zrobię haul ze swoich zakupów, a także napiszę o tym jak zamawiać, jak wygląda kwestia cła itp. Jeżeli więc jesteście zainteresowanie, koniecznie tu zaglądajcie :)



PODOBNE POSTY:

lipca 20, 2017

Korygujący? Raczej brudzący... Evree: Normalizujący krem korygujący CC

Korygujący? Raczej brudzący... Evree: Normalizujący krem korygujący CC

Firma Evree stała się rozpoznawalna głównie za pomocą swojego słynnego już toniku różanego (który notabene mam i jest naprawdę fajny). Z czasem na drogeryjnych półkach kosmetyków z różą w roli głównej zaczęło przybywać, a marka wzbogaciła się także o nowe serie. Jedną z nich jest Pure Neroli, czyli kosmetyki z ekstraktem kwiatów gorzkiej pomarańczy, skierowane do osób z cerą tłustą i z niedoskonałościami.


Produkt
Jednym z kosmetyków wchodzących w skład linii jest normalizujący krem korygujący CC, będący pierwszym tego typu kremem marki. Fluid posiada naturalne pigmenty, a jego pielęgnacyjna strona ma za zadanie normalizować wydzielanie sebum i zwalczanie niedoskonałości.


Aplikacja
Krem posiada opakowanie w formie klasycznej tubki. Niestety aplikacja nie należy do najłatwiejszych, ani najprzyjemniejszych. Kosmetyk jest dosyć toporny w nakładaniu, zostawia na skórze mocno widoczne smugi (prawdopodobnie nie byłyby zauważalne, gdyby nie jego odcień - ale o tym później). Należy go nałożyć i zostawić w spokoju, bo zastyga, a po zastygnięciu ma tendencję do rolowania. Od strony technicznej nie jest więc przyjemnie, ale muszę przyznać, że nakładanie kremu bardzo umila jego zapach, jest mocno pomarańczowo-grejpfrutowy, po prostu cudowny (i utrzymuje się na skórze!).


Wygląd
Wygląda okropnie, nad czym bardzo ubolewam, bo rzeczywiście jest bardzo matowy jak na krem korygujący. Niestety, jego kolor to porażka. Początkowo jasny odcień po kilku minutach zamienia się w czekoladę, a twarz wygląda na... brudną. Stąd też efekt smug.

U mnie odcina się od skóry naprawdę porządnie, pomimo tego, że już delikatnie się opaliłam. Zdjęcia są zrobione w świetle dziennym i sztucznym:
 


Skład
Lubię w produktach Evree to, że są niedrogie, a posiadają naprawdę fajne składy. Nie są one co prawda w stu procentach naturalne, ale przepełnione składnikami naturalnymi (te naturalne oznaczone są gwiazdką).

Głównymi składnikami tego kremu są:
  • EKSTRAKT Z KWIATU NEROLI - ma działanie oczyszczające, nawilżające i odżywcze. Posiada właściwości antyseptyczne, a więc reguluje wydzielanie sebum. Ponadto wzmacnia i uelastycznia naczynia krwionośne. 
  • AFFIPORE - to składnik otrzymywany z liści buchu (Barosma betulina), ma działanie zmniejszające pory i matujące tłustą skórę.

Pełen skład: Aqua/Water, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Titanium Dioxide, Methyl Methacrylate Crosspolymer, Glycerin*, Citrus Aurantium Amara (Bitter Orange) Flower Extract*, Propylene Glycol, Viola Tricolor Extract*, Malva Sylvestris Extract*, Arctium Lappa Leaf Extract*, Sambucus Nigra Flower Extract*, Isopropyl Isostearate*, Isopropyl Myristate, Caprylic/Capric Triglyceride*, Isostearyl Isostearate*, C12-15 Alkyl Benzoate, VP/Hexadecene Copolymer Talc, Butylene Glycol, Barosma Betulina Leaf Extract*, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil*, Hydrogenated Castor Oil, Ethylhexyl Palmitate, Euphorbia Cerifera (Candelilla) Wax*, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter*, Panthenol, Mica, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Disodium EDTA, Parfum, Citral, Linalool, Limonene, CI 77492, CI 77491, CI 77499.


Podsumowanie
Sądzę, że gdyby kolor tego kremu był inny, bardziej trafiony, byłby to mój ulubiony krem tego typu - przepełniony naturalnymi ekstraktami skład, milutki zapach i satynowe, prawie całkiem matowe, wykończenie. Cud, miód i... nie orzechy, lecz łyżka dziegciu. W tej chwili po prostu poczekam do września, bo wtedy wyjadę za granicę, a gdy się przysłowiowo strzaskam (moja skóra trzyma sztamę ze słońcem nawet po użyciu filtra 50), spróbuję dać mu drugą szansę i wtedy też dodam aktualizację do tego posta - napiszę jak się sprawdzał na co dzień i czy warto się nim zainteresować w powakacyjnym okresie.