lipca 20, 2017

Korygujący? Raczej brudzący... Evree: Normalizujący krem korygujący CC

Korygujący? Raczej brudzący... Evree: Normalizujący krem korygujący CC

Firma Evree stała się rozpoznawalna głównie za pomocą swojego słynnego już toniku różanego (który notabene mam i jest naprawdę fajny). Z czasem na drogeryjnych półkach kosmetyków z różą w roli głównej zaczęło przybywać, a marka wzbogaciła się także o nowe serie. Jedną z nich jest Pure Neroli, czyli kosmetyki z ekstraktem kwiatów gorzkiej pomarańczy, skierowane do osób z cerą tłustą i z niedoskonałościami.


Produkt
Jednym z kosmetyków wchodzących w skład linii jest normalizujący krem korygujący CC, będący pierwszym tego typu kremem marki. Fluid posiada naturalne pigmenty, a jego pielęgnacyjna strona ma za zadanie normalizować wydzielanie sebum i zwalczanie niedoskonałości.


Aplikacja
Krem posiada opakowanie w formie klasycznej tubki. Niestety aplikacja nie należy do najłatwiejszych, ani najprzyjemniejszych. Kosmetyk jest dosyć toporny w nakładaniu, zostawia na skórze mocno widoczne smugi (prawdopodobnie nie byłyby zauważalne, gdyby nie jego odcień - ale o tym później). Należy go nałożyć i zostawić w spokoju, bo zastyga, a po zastygnięciu ma tendencję do rolowania. Od strony technicznej nie jest więc przyjemnie, ale muszę przyznać, że nakładanie kremu bardzo umila jego zapach, jest mocno pomarańczowo-grejpfrutowy, po prostu cudowny (i utrzymuje się na skórze!).


Wygląd
Wygląda okropnie, nad czym bardzo ubolewam, bo rzeczywiście jest bardzo matowy jak na krem korygujący. Niestety, jego kolor to porażka. Początkowo jasny odcień po kilku minutach zamienia się w czekoladę, a twarz wygląda na... brudną. Stąd też efekt smug.

U mnie odcina się od skóry naprawdę porządnie, pomimo tego, że już delikatnie się opaliłam. Zdjęcia są zrobione w świetle dziennym i sztucznym:
 


Skład
Lubię w produktach Evree to, że są niedrogie, a posiadają naprawdę fajne składy. Nie są one co prawda w stu procentach naturalne, ale przepełnione składnikami naturalnymi (te naturalne oznaczone są gwiazdką).

Głównymi składnikami tego kremu są:
  • EKSTRAKT Z KWIATU NEROLI - ma działanie oczyszczające, nawilżające i odżywcze. Posiada właściwości antyseptyczne, a więc reguluje wydzielanie sebum. Ponadto wzmacnia i uelastycznia naczynia krwionośne. 
  • AFFIPORE - to składnik otrzymywany z liści buchu (Barosma betulina), ma działanie zmniejszające pory i matujące tłustą skórę.

Pełen skład: Aqua/Water, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Titanium Dioxide, Methyl Methacrylate Crosspolymer, Glycerin*, Citrus Aurantium Amara (Bitter Orange) Flower Extract*, Propylene Glycol, Viola Tricolor Extract*, Malva Sylvestris Extract*, Arctium Lappa Leaf Extract*, Sambucus Nigra Flower Extract*, Isopropyl Isostearate*, Isopropyl Myristate, Caprylic/Capric Triglyceride*, Isostearyl Isostearate*, C12-15 Alkyl Benzoate, VP/Hexadecene Copolymer Talc, Butylene Glycol, Barosma Betulina Leaf Extract*, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil*, Hydrogenated Castor Oil, Ethylhexyl Palmitate, Euphorbia Cerifera (Candelilla) Wax*, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter*, Panthenol, Mica, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Disodium EDTA, Parfum, Citral, Linalool, Limonene, CI 77492, CI 77491, CI 77499.


Podsumowanie
Sądzę, że gdyby kolor tego kremu był inny, bardziej trafiony, byłby to mój ulubiony krem tego typu - przepełniony naturalnymi ekstraktami skład, milutki zapach i satynowe, prawie całkiem matowe, wykończenie. Cud, miód i... nie orzechy, lecz łyżka dziegciu. W tej chwili po prostu poczekam do września, bo wtedy wyjadę za granicę, a gdy się przysłowiowo strzaskam (moja skóra trzyma sztamę ze słońcem nawet po użyciu filtra 50), spróbuję dać mu drugą szansę i wtedy też dodam aktualizację do tego posta - napiszę jak się sprawdzał na co dzień i czy warto się nim zainteresować w powakacyjnym okresie.

lipca 17, 2017

Jest nieźle, mogło być lepiej. Miss Sporty: INSTA Glow [korektor pod oczy]

Jest nieźle, mogło być lepiej. Miss Sporty: INSTA Glow [korektor pod oczy]
Na wstępie dziękuję osobom zaglądającym na bloga za informację, że obecnie można zakupić magazyn Elle z płynem micelarnym Biolaven. Dzięki wam i mi udało się zakupić jeden egzemplarz, a micel czeka na swoją kolej... ;)

A teraz przechodząc do rzeczy... Insta Glow to dosyć nowy korektor pod oczy. Nie jest to kamuflaż, lecz produkt rozświetlający. 


Produkt
Jak już wspomniałam, jest to korektor pod oczy, ale nie mocno kryjący, lecz rozświetlający, jednakże mimo tego producent obiecuje zakrycie niedoskonałości i zakrycie cieni pod oczami. Formuła jest bardzo płynna, nie posiada (na szczęście!) żadnych drobinek. Odcień, który wybrałam, to 001 Radiant Light, czyli najjaśniejszy z dostępnych dwóch wersji kolorystycznych. 


Aplikacja
Korektor posiada aplikator w formie pędzelka o bardzo miłym i delikatnym włosiu. Aby nałożyć korektor należy przekręcić ruchomą końcówkę na dolnej części opakowania. Ogólnie, jest to bardzo dobre rozwiązanie, wygodne i szybkie, poza pierwszą próbą wydostania kosmetyku. Jeżeli go kupicie, nie zdziwcie się, że nie chce wyjść - nie jest zepsuty, trzeba się po prostu sporo nakręcić. Naprawdę sporo...


Wygląd
Świeżo nałożony, ma ładny i jasny odcień o żółtym tonie. Po zastygnięciu nie ciemnieje, ale warto wziąć pod uwagę, że nabiera bardziej różowego tonu. Korektor ładnie stapia się ze skórą, nie wchodzi w zmarszczki mimiczne, dobrze współgra z pudrami nie tworząc ciastka. Jego największym minusem jest praktycznie zerowe krycie, nawet przy dołożeniu produktu.  


Skład
Nieznany - nie ma go na opakowaniu jak być powinno, nie znalazłam go  także na stronie producenta ani drogerii w której jest dostępny, czyli Rossmannie. Najwidoczniej firma się do niego nie przyznaje...


Podsumowanie
Osobom szukającym krycia odradzam ten korektor - szkoda pieniędzy. Z kolei tym, którzy szukają czegoś jedynie do rozświetlenia okolicy pod oczami, mogę go polecić jak najbardziej. Formuła tego produktu jest bardzo fajna, szkoda tylko, że nie idzie z nią w parze równie dobrze krycie...




lipca 14, 2017

Pięknie pachnący... demakijaż. Vianek: nawilżający płyn micelarny

Pięknie pachnący... demakijaż. Vianek: nawilżający płyn micelarny
 
Dziś chciałabym wam przedstawić mojego kolejnego ulubieńca w kategorii demakijażu. Jest to płyn micelarny marki Vianek, z serii niebieskiej, czyli nawilżającej, skierowany do skóry suchej i wrażliwej. Można go zakupić w aptekach, wielu drogeriach stacjonarnych i internetowych. 
 
 
Aplikacja
Uprzyjemnia je opakowanie. Design, jaki posiadają linie Vianka, bardzo do mnie przemawia. A poważniej, ma wygodne i poręczne opakowanie z aplikatorem w postaci dziubka zamykanego na zatrzask. Ja bardzo lubię takie opakowania, są wygodne i proste w użyciu. Płyn ma przepiękny zapach winogron, bardzo słodki i wręcz zachęcający do zmywania makijażu.  
 
 
 
Działanie
Powiem szczerze, że trzeba go trochę użyć, aby w pełni zmyć makijaż, ale mi osobiście absolutnie to nie przeszkadza. Po pierwsze dlatego, że płyn ten jest niesamowicie delikatny, po drugie, chociaż może zajmuje mu to troszkę więcej czasu niż innym micelom, to radzi sobie spokojnie z kosmetykami wodoodpornymi, a po trzecie jego skład i zapach i tak rekompensują ten mały minus z nawiązką. Skóra po wykonaniu demakijażu tym produktem nie jest podrażniona, ani ściągnięta, a płyn nie podrażnia oczu nawet, gdy się do nich niechcący dostanie.
 
 
 Skład
 
Jest w pełni naturalny. Głównymi składnikami aktywnymi są działający antyoksydacyjnie ekstrakt z robini akacjowej oraz łagodzący podrażnienia panthenol. Ponadto płyn zawiera w sobie  kompleks humektanów (mocznik + proteiny pszenicy + mleczan sodu + kwas hialuronowy).
 
Pełen skład: Aqua, Decyl Glucoside, Glycerin, Robinia Pseudoacacia Flower Extract, Panthenol, Urea, Hydrolyzed Oats, Sodium Lactate, Sodium Hyaluronate, Benzyl Alcohol, Parfum, Phytic Acid, Dehydroacetic Acid.
 
 
 
Podsumowanie
Polecam ten płyn z czystym sumieniem, kupił mnie nawet bardziej od lipowego płynu z Sylveco. Działanie mają bardzo zbliżone, jednakże ten skradł moje serce swoim absolutnie cudownym zapachem (który spodoba się osobom lubującym się w słodkich zapachach). A także zachęcił mnie do zapoznania się z resztą familii i już zakupiłam płyny z serii pomarańczowej i fioletowej, gdyż ten niestety już skończyłam (duży smuteczek).

A wy miałyście już jakiś płyn micelarny od Vianka? Może polecicie któryś z nich :)?

lipca 11, 2017

Nagietkowa pielęgnacja - Sylveco: lekki krem nagietkowy & krem brzozowo-nagietkowy

Nagietkowa pielęgnacja - Sylveco: lekki krem nagietkowy & krem brzozowo-nagietkowy

Nagietkowa seria od Sylveco to naturalna propozycja dla osób z cerą trądzikową i atopową. W skład linii wchodzi lekki krem przeznaczony do stosowania na dzień oraz cięższy krem wzbogacony dodatkowo o betulinę, do stosowania na noc. Oba kremy łączy wspólny składnik aktywny, którym jest tytułowy nagietek, o działaniu oczyszczającym. Zdecydowałam się na tę linię, bo miałam już parę produktów tej marki i większość z nich mi odpowiada. Podobnie było tym razem, choć mogło być lepiej.


Lekki krem nagietkowy
To produkt do stosowania na dzień. Ma dosyć płynną konsystencję, która bardzo szybko się wchłania. Opakowanie z pompką jest bardzo higieniczne, a przede wszystkim wygodne. Krem nie pozostawia na twarzy tłustej powłoki, lecz w łagodny sposób matuje twarz - wygląda na naturalnie matową i wolną od nadmiaru sebum, a nie sztucznie zmatowioną. Kosmetyk nadaje się pod makijaż - nie zauważyłam, aby jakikolwiek fluid wyglądał lub zachowywał się gorzej po nałożeniu go na ten krem. Nawilża bardzo umiarkowanie. Według producenta można go stosować również w okolicach oczu (acz ja tego rozwiązania nie próbowałam, nie przekonuje mnie ono). Zapach tego kremu jest moim zdaniem nieprzyjemny, a właściwie to śmierdzi. Niby jest ziołowy, ale jakiś taki brzydki. Sądzę, że dla osób wybrednych lub wrażliwych na zapachy, ten będzie drażniący.

Składnikami aktywnymi kremu są:
  • NAGIETEK LEKARSKI - ma działanie regenerujące, oczyszczające, dodatkowo przyspieszające odnowę naskórka. 
  • MYDLNICA LEKARSKA - zawiera saponiny, ułatwia wnikanie składników aktywnych głębiej do skóry. 
  • BIAŁA BRZOZA -  jej działanie jest zbliżone do nagietka, zapewnia ochronę skóry podrażnionej.
Skład jest w pełni naturalny, jego całość jest dostępna tutaj.



Krem brzozowo-nagietkowy z betuliną
To dużo cięższa wersja, ewidentnie do stosowania na noc i tylko na noc (chyba, że ktoś chce się świecić jak latarnia przez cały dzień). Krem ma konsystencję masełka, jednakże, chociaż może sprawiać wrażenie potencjalnego zapychacza, absolutnie nie podrażnia ani nie wywołuje niespodzianek na twarzy. Jest bezpieczny dla cer kapryśnych i skłonnych do zapychania. Ciężko mi stwierdzić, czy rzeczywiście jakoś wybitnie radzi sobie z krostkami, bo od dawna mnie nie nękają (mam raczej problem ze skłonnością do kaszki niż wyprysków), natomiast wiem, że fantastycznie nawilża. Twarz po posmarowaniu jest po nim mocno tłusta (polecam spinać włosy na noc...), ale z rana jest świetnie nawilżona, gładka i niesamowicie milutka w dotyku. Zapach tej wersji również nie jest najprzyjemniejszy, ale już nie tak mocny jak w tym do stosowania na dzień. 

Główne składniki aktywne:
  • BETULINA - łagodzi stany zapalne i regeneruje tkankę skórną w wypadku jej uszkodzeń.
  • NAGIETEK - ma działanie przeciwzapalne i chroniące, a także odżywia i oczyszcza, przywracając skórze równowagę.
Pełen skład (w całości naturalny) jest dostępny tutaj.


Podsumowanie
Są to kremy na pewno warte uwagi, ze szczególnym uwzględnieniem wersji z betuliną. To ona najbardziej mnie oczarowała swoimi niesamowitymi właściwościami nawilżającymi. Uważam, że kremem tym powinny zainteresować się nie tylko osoby ze skłonnością do trądziku, lecz również osoby posiadające cerę tłustą i problematyczną, obawiające się niespodzianek - ten krem ich nie wywołuje, a jednocześnie doskonale pielęgnuje.

lipca 07, 2017

Mały krem, wielki zawód. Vianek: nawilżający krem pod oczy

Mały krem, wielki zawód. Vianek: nawilżający krem pod oczy

Cenię sobie kremy pod oczy, ponieważ często u mnie skóra w ich okolicach jest spięta i czuję, że potrzebują nawilżenia. Jednocześnie nie chcę smarować tej delikatnej skóry kremami matującymi na dzień, albo cięższymi kremami na noc. Dlatego też zdecydowałam się na swój pierwszy specyfik pod oczy. Było to także moje pierwsze wielkie rozczarowanie w wypadku Sylveco/Vianka.

 

 Produkt & Aplikacja
Jest to krem z serii niebieskiej, czyli nawilżającej, skierowany do skóry suchej i wrażliwej. Według producenta nadaje się do stosowania zarówno na dzień, jak i na noc w formie maseczki, położony wówczas grubszą warstwą. Ma lekką konsystencję, która bardzo szybko się wchłania, co jest wygodne, szczególnie rano - praktycznie od razu po nałożeniu kremu można zacząć robić makijaż. Opakowanie jest małe i przeurocze, posiada ładne, charakterystyczne dla marki Vianek zdobienie, oraz pompkę, dzięki czemu kosmetyk wydobywa się łatwo, a przy tym higienicznie. Zapach jest przyjemny, lekko owocowy.


Działanie 
Nie będę tego ukrywała - krem ten mnie bardzo zawiódł. Miał nawilżyć (w końcu nie bez powodu jest na nim kolor niebieski, oznaczający serię nawilżającą, a także jak byk napis nawilżający), a zamiast tego przesuszył moją okolicę oczu. Niestety. Zużyłam cały, licząc na to, że może jakoś magicznie z czasem jego działanie ulegnie zmianie, ale cud się nie wydarzył. Kolorytu oczywiście też nie poprawił, choć, jeśli mam być szczera, nawet na to nie liczyłam. Jest to dla mnie rozczarowanie tym większe, że dotychczas miałam już sporo kosmetyków od Sylveco i Vianka, a ten jako pierwszy się u mnie nie sprawdził.



Skład
Jest w pełni naturalny. Głównymi składnikami są ekstrakt z lnu oraz olej z kiełków pszenicy, które mają za zadanie wygładzić i ukoić skórę pod oczami, a także poprawić jej koloryt.

Pełen skład: Aqua, Triticum Vulgare Germ Oil, Coco-Caprylate, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Glyceryl Stearate, Linum Usitatissimum Seed Extract, Sodium Hyaluronate, Stearic Acid, Cetearyl Alcohol, Xanthan Gum, Tocopheryl Acetate, Benzyl Alcohol, Parfum, Dehydroacetic Acid.


Podsumowanie
Niestety nie polecam tego kremu nikomu, bo chociaż bardzo możliwe jest, że po prostu z moją skórą się nie dogadał, to jednak nie mam zamiaru zachęcać do kupna czegoś, co jak dla mnie jest bublem. 

Któraś z was miała może ten krem? Jak wam się sprawdził? A może polecicie mi jakiś inny? Będę wdzięczna!


lipca 05, 2017

Tydzień z maseczkami Lomi Lomi

Tydzień z maseczkami Lomi Lomi

Jestem uzależniona od maseczek w płachcie, szczególnie teraz, w okresie letnim. Uwielbiam robić makijaż, ale jednocześnie najmilszą częścią dnia jest wykonanie demakijażu i nałożenie takiej maski (z innymi rzadko chce mi się babrać...). Zawsze w piątki cieszę się na myśl, że będę mogła się odprężyć przy jakimś filmie popijając mojito, a przyjemny wieczór uzupełni zimna maska. Dlatego też, jako fanka tego elementu pielęgnacji, chętnie skusiłam się na tygodniowy zestaw maseczek koreańskich w promocyjnej cenie w drogerii Hebe.

Ogólnie masko powinno stosować się 1-2 razy w tygodniu (ja normalnie używam ich raz), ale uznałam, że skoro jest to pełen zestaw na każdy dzień, to jednorazowo nie zaszkodzi mi użycie ich w ten sposób, a przy okazji sprawdzenie ich działania zarówno pojedynczo, jak i jako pełnej kuracji.

Maseczki Lomi Lomi to produkt koreański. Można je kupić w dwóch wersjach - pojedynczo, w cenie 5zł za sztukę, bądź w całym zestawie, 30zł za komplet. Czasami w promocji ich cena na sztuki wynosi około 3zł.



Produkt
Komplet zawiera 7 maseczek na każdy dzień tygodnia, stanowiący kompleksową pielęgnację. Główny składnik aktywny każdej maski jest inny, w związku z czym różne jest ich działanie.
  • ALOES - maseczka na poniedziałek, jej głównym zadaniem jest nawilżenie skóry oraz odświeżenie jej.
  • MIŁORZĄB JAPOŃSKI - maseczka na wtorek. Jest przeciwstarzeniowa, ma działać przeciwzmarszczkowo.
  • WINOGRONO - maseczka na środę. Ma rozjaśnić i pobudzić skórę, powinna nadać poszarzałej cerze blasku.
  • OGÓREK - maseczka na czwartek. Działa ujędrniająco, poprawia owal twarzy.
  • ACEROLA - maseczka na piątek. Regeneruje skórę, a także ją odżywia.
  • GRANAT - maseczka na sobotę. To maska witalizująca, która wzmacnia regenerację skóry.
  • JAŚMIN - maseczka na niedzielę. Ma ukoić skórę.
 Aplikacja
Maskę należy nałożyć na czas 15-30 minut. Płachta jest bardzo mocno nasączona. Ma standardowy krój na nie-wiem-kogo, ale delikatny materiał pozwala na swobodne dopasowanie maski, a już odpowiednio ułożona nie przemieszcza się. Noszenie jej jest komfortowe. 

Maseczki nie podrażniły mojej skóry, poza jednym wyjątkiem, który sama sobie zafundowałam. Producent uczciwie przestrzega przed tym, aby nie nakładać produktu na podrażnioną skórę bądź naturalnie bardzo wrażliwą. W dniu, gdy postanowiłam przed nałożeniem maseczki wykonać peeling twarzy, musiałam szybko się z maską pożegnać - wywołała pieczenie.



Działanie
Jeżeli chodzi o poprawienie owalu twarzy czy działanie przeciwzmarszczkowe to się nie wypowiem, bo ten problem jeszcze mnie nie dotyczy. W wypadku pozostałych masek powiem tak - naprawdę dobrze nawilżają i nie podrażniają (same w sobie, jak już wspomniałam w wypadku tych maseczek powinno się podarować sobie peeling). Aby to dostrzec, należy najpierw zmyć wodą lepki nadmiar - płachty są nasączone do tego stopnia, że nawet po pół godziny wciąż były wyczuwalnie wilgotne. Na początku spróbowałam pozostawić ten lepki film do wchłonięcia, jednakże moja skóra miała ewidentnie dość nawilżenia. Skąd w tym wypadku pewność, że w ogóle coś się wchłonęło? Cóż, maska utraciła znaczną część wilgoci, szczególnie na policzkach - naturalnie u mnie tłusta strefa T wchłonęła mniej esencji. Z kolei po zmyciu nadmiaru i osuszeniu twarzy czuć, że skóra gładziutka i wypoczęta. Jak przysłowiowa pupa niemowlaka. Nie kłamię, dałabym słowo harcerza, ale harcerzem nigdy nie byłam.

Składy
Nie będę przepisywać każdego z osobna, bo nie ma to większego sensu - są bardzo do siebie zbliżone. Powiem tylko, że teoretycznie są średnie - jak na swoją cenę mają dosyć sporo różnych ekstraktów i olejków, a tytułowy w każdej występuje w składzie wysoko w stężeniu 1%, jednak temu wszystkiemu towarzyszy chemia. Ale, po pierwsze, te maski są tanie jak przysłowiowy barszcz, a po drugie, stopniowo wymykam się z parabenowej fobii (i nie tylko takiej - acz gwoli ścisłości w tych maskach parabenów nie ma), a bardziej skupiam się na reakcji swojej skóry. Jednakże dla wszystkich dociekliwych podsyłam link do wszystkich składów tutaj.

Płachta jest wykonana z tkaniny zawierającej kompleks morskich składników odżywczych (ale jakich konkretnie producent już niestety nie wspomniał).



Podsumowanie
Czy polecam te maseczki? Tak, jak najbardziej, ale tylko osobom szukającym nawilżenia. Jeżeli ktoś będzie wierzył w pozostałe obietnice producenta, to zwyczajnie się zawiedzie, bo ich nie spełniają. No cóż, producenci ogólnie lubią obiecywać, że niebo padnie nam do stóp. Natomiast wspomnianego nawilżenia nie można im odmówić. Powiem szczerze - na pewno nie kupię już więcej kompletu, natomiast po aloesową maskę sięgnęłam ponownie i pewnie sięgnę jeszcze nie raz. 

Czytałam sporo opinii na temat tych maseczek i zauważyłam, że są skrajnie różne - albo przynoszą zadowolenie, jak to było w moim wypadku, albo odwrotnie, zawód i powód do narzekań. Któraś z was miała te maski? Wam również się sprawdziły, czy raczej będziecie ich unikać?


lipca 02, 2017

Pielęgnacja po koreańsku

Pielęgnacja po koreańsku

Sekrety urody Koreanek Charlotte Cho to książka, która podbiła polską blogosferę dwa lata temu, a o koreańskiej pielęgnacji w dziesięciu krokach jest głośno do dziś. Ja jednak dopiero niedawno ukończyłam lekturę tej książki przez wzgląd na namnożenie się obowiązków - praca licencjacka, studia, praca, inne książki (ogólnie dużo czytam i to najróżniejsze pozycje - niedawno skończyłam czytać historię Durotana..). Teraz jednak, kiedy wreszcie uzupełniłam ten haniebny brak w typowo urodowej liście czytelniczej, mogę podzielić się swoją opinią na temat osławionej pozycji. 


Książkę czyta się bardzo przyjemnie - być może dlatego, że w przeciwieństwie do Bożeny Społowicz, autorki poradnika urodowego Skin Coach, nie podkreśla własnej wyższości i większej wiedzy. Wręcz przeciwnie - sprowadza tak samo nas, jak i własną osobę do parteru, przyznając, że na początku była urodowym laikiem, który popełniał wiele błędów. Otóż Charlotte Cho, choć ma korzenie koreańskie, dorastała w Kalifornii i dopiero jako dorosła kobieta wróciła do rodzinnych stron, gdzie poznała jasną stronę mocy w kwestii pielęgnacji. Dzięki temu, że autorka ma dystans do siebie i przyznaje się otwarcie do błędów popełnionych w przeszłości, lektura przypomina nie czytanie poradnika, lecz pisemną rozmowę z przyjaciółką.


Koreańska pielęgnacja w dziesięciu krokach jest już dobrze znana każdemu, można rzec, że stała się wręcz kultowa w świecie urody. Jednakże pomimo ogólnej dostępności do samej kolejności wykonywania różnych pielęgnacyjnych czynności, to w książce Charlotte poświęca im dużo więcej czasu niż jakikolwiek artykuł w internecie, a niektóre zabiegi stanowią nawet całe rozdziały. Wyjaśnia pieczołowicie (i łopatologicznie) dlaczego każda z nich jest tak bardzo istotna i jakie ma znaczenie dla całości.


Oprócz tego, książka przekazuje wiedzę także w innych dziedzinach  o których w większości przy okazji poruszania tematu koreańskiej pielęgnacji się nie wspomina - o samym kulcie pięknej cery jaki panuje w Korei, przybliża kwestię substancji aktywnych i sposobie ich zapisu, opowiada o K-SPA (które diametralnie różnią się od wizerunku SPA jaki znamy z amerykańskich filmów...), porusza temat męskiej koreańskiej pielęgnacji, opisuje koreański makijaż w stylu no-make up, a także wymienia swoje ulubione kosmetyki, a nawet koreańskie potrawy i sklepy w Seulu.


Podsumowując, jest to bardzo przyjemna lektura, która przy okazji może czegoś nauczyć - w tym i osoby zaznajomione z samą podstawą koreańskiej pielęgnacji. Język autorki jest przystępny, potrafi zaciekawić, a całość świetnie uzupełniają urocze obrazki. Uważam, że to książka po którą warto sięgnąć, nawet jeżeli same 10 kroków zostało już solidnie przemagolwane przez blogosferę i vlogosferę. Tym bardziej, że bum na tę książkę powoli zaczął już opadać i można ją kupić w różnych księgarniach internetowych dużo taniej, bądź też za gorsze w antykwariatach (ja swoją nabyłam za 15zł). A taka lekka lektura, łącząca przyjemne z pożytecznym, to świetna opcja na lato!

A wy znacie już tę książkę, czy lektura dopiero przed wami? :)  

Na koniec dodam jeszcze, że wkrótce wrócę z podobną recenzją kolejnej książki urodowej (cóż, specyficzne mam hobby - od grania w League of Legens i Warcrafta po bycie totalnym beautyfreakiem ). Z kolei jeżeli interesuje was koreańska pielęgnacja - w przyszłym tygodniu napiszę zbiorczą recenzję koreańskich maseczek Lomi Lomi, a konkretniej siedmiodniowej pielęgnacyjnej przygody z nimi, gdyż firma ma propozycje na każdy dzień tygodnia.