czerwca 30, 2017

Łososiowy koszmarek! Kobo: Modeling Illuminator

Łososiowy koszmarek! Kobo: Modeling Illuminator


Przez problemy zdrowotne mam problem z dosyć wyrazistą doliną łez. Teraz, latem, nie chcąc przemęczać skóry, rezygnuję z podkładu, jednakże nie potrafię wyobrazić sobie, że miałabym tak postąpić z korektorem pod oczy - w moim wypadku to jeden z tych kosmetyków, które zawsze muszą być w mojej kosmetyczce.

Jednym z moich ulubieńców jest osławiony Liquid Camouflage z Catrice, jednakże używam go jedynie na większe lub ważniejsze wyjścia, bo jest on w mojej opinii zbyt ciężki na codzienne stosowanie. Podobnie uważa moja skóra pod oczami - po spotkaniu z tym kamuflażem zawsze widać po niej widać, że jest zmęczona. Wciąż jednak szukam czegoś na co dzień, dotychczas jednak nic mi się nie sprawdziło. Nie inaczej jest z cholerstwem, które dzisiaj opiszę.

Produkt
Według producenta jest do korektor rozświetlający, służący także do modelowania (czyli zapewne konturowania) twarzy. Generalnie jest to produkt idealny, cytuję: rozświetla skórę sprawiając, że wygląda ona świeżo i promiennie, perfekcyjnie maskuje oznaki zmęczenia, cienie pod oczami oraz drobne zmarszczki i linie. I powiem wam jedno: to żadna nowość, że producenci w opisach wypisują cudowności na temat swoich produktów - w końcu chcą je sprzedać, to normalne - ale takiego bullshitu dawno nie czytałam. 

Aplikacja
Aplikator jest typowy i dobrze znany, przypominający ten jaki znajduje się zwykle w błyszczykach i płynnych pomadkach. Moim zdaniem jest w porządku, wolę tę wersję od pędzelka - pozwala na większą swobodę w wydobywaniu i dozowaniu produktu. Na tym plusy się kończą, bo korektor ten w ogóle nie chce współpracować ze skórą - jest okropnie suchy, przez co się w nią nie wtapia. Ponadto, niezbyt współgra z pudrami (tak, pudrami - wypróbowałam kilka, które z innymi korektorami raczej się dogadywały).


Wygląd
Mam korektor w odcieniu 101, czyli najjaśniejszym (z jakże ogromnej gamy aż dwóch do wyboru). Ma obrzydliwy  łososiowy kolor, który moim zdaniem nie sprawdzi się nawet u osób o cerze w różowym tonie. Pominąwszy kwestie samego odcienia, jest on zwyczajnie ciemny, za ciemny, aby cokolwiek rozświetlał. Jego krycie jest praktycznie zerowe, a na skórze nie wygląda dobrze, od razu jakby się warzy, a przypudrowany wygląda jeszcze gorzej tworząc efekt cakey face




Skład
Nie ma się co nad nim rozwodzić, nie jest to kosmetyk naturalny, ani służący do pielęgnacji. W skróce powiem, że są w nim nieciekawe składniki, których lepiej unikać (szczególnie, gdy jakość też nie jest warta ewentualnego przymknięcia na to oka).

Skład: Aqua, Polyglyceryl-4 Isostearate(and)Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone(and)Hexyl Laurate, Mineral Oil, Propylene Glycol, Isododecane, Cichorium Intybus(Chicory)Root Oligosaccharides(and)Glycerin(and)Caesalpinia Spinosa Gum, Caprylic Capric Trigliceride, Boron Nitride, Synthetic Beeswax, Cyclomethicone(and)Quaternium-18 Hectorite(and)Propylene Carbonate, Nylon-12, Sorbitan Olivate, Isodecyl Neopentanoate, PVP, Mica, Hydrolyzed Wheat Protein, Phenoxyethanol(and)Methylparaben(and)Propylparaben(and)DMDM Hydantoin, Sodium Chloride, Stereth-21, Hydroxyethylacrylate(and)Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, [+/- CI 77891, CI 77492, CI 77491, CI 77499, CI 15985:1, CI 73360].


Podsumowanie
A niech wam nigdy do głowy nie wpadnie pomysł kupna tego korektora! Nie należy do najtańszych (raczej znajdują się na środkowej półce, jeśli chodzi o przedział cenowy), a nie dostrzegłam w nim żadnych plusów. To pieniądze wyrzucone w błoto. Szczerze mówiąc, chciałam mu tylko zrobić zdjęcia (nawet fotogeniczny dziad nie jest!), przestrzec przed nim i móc się go pozbyć.

A wy jakie korektory polecacie na przyszłość?

czerwca 28, 2017

Węglowa pielęgnacja! Bielenda: Carbo Detox

Węglowa pielęgnacja! Bielenda: Carbo Detox

Po półtorej roku romansowania ze sprawdzonym rumiankowym żelem i paroma innymi klasykami od Sylveco, postanowiłam wprowadzić do swojej kosmetyczki coś z niedawnych nowości (proszę mnie nie oceniać, ileż można używać tego samego... poza tym, jakbym mogła, wypróbowałabym wszystkie kosmetyki świata - kto jeszcze tak ma, ręka w górę!). Tym sposobem w mojej łazience znalazły się dwa kosmetyki do pielęgnacji z Bielendy.

Seria Carbo Detox
Zaczęło się od jednorazowych maseczek węglowych, a obecnie w skład linii wchodzą już kosmetyki z praktycznie każdego rodzaju - peeling do ciała, żel pod prysznic, szampon, odżywka, maska do włosów, pasta do mycia twarzy, płyny micelarne i wreszcie żel do mycia twarzy i krem, na które ja postanowiłam się zdecydować. Oba produkty są skierowane do cery tłustej i mieszanej.


Oczyszczający żel węglowy do mycia twarzy
Muszę przyznać, że produkt ten jest bajerancki i cieszy oko dzięki swojemu kruczoczarnemu kolorowi. Konsystencję ma dosyć płynną, podczas mycia twarzy zmienia się w szarą pianę. Mile zaskoczył mnie jego zapach, który jest bardzo specyficzny, ale przy tym całkiem przyjemny. Żel nieźle oczyszcza, nie ściągając przy tym skóry. Niestety używając go należy solidnie uważać na oczy (czego ja przyzwyczajona do super delikatnego rumianki początkowo nie robiłam...), bo po kontakcie z nim szczypią niemiłosiernie i płaczą rzewnie nad swoim losem. Z kolei skład tego żelu jest bardzo średni, ale widziałam gorsze. Głównymi składnikami są:
  • WĘGIEL AKTYWNY - posiada zdolność głębokiego oczyszczania skóry. Wchłania toksyny, martwy naskórek, nadmiar sebum oraz inne zanieczyszczenia z powierzchni oraz głębszych warstw skóry. Skutecznie oczyszcza zablokowane pory, wyrównuje koloryt skóry, zapobiega powstawaniu wyprysków.  
  • WITAMINA B3 - działa przeciwtrądzikowo, redukuje nadmierne wydzielanie sebum oraz wielkość porów, matuje błyszczącą cerę. Zapobiega powstawaniu przebarwień, regeneruje i wzmacnia skórę, podnosi jej odporność na uszkodzenia. Dobrze nawilża, poprawia jędrność i koloryt skóry (w składzie widnieje jako Niacinamde).
Składniki te znajdują się mniej więcej w połowie składu, otoczone głównie konserwantami i substancjami kondycjonującymi kosmetyk.

Skład: Aqua (Water), Glycerin, Sodium Cocoyl Alaninate, Acrylates Copolymer, Carbon Black, Niacinamide, Polysorbate 20, Triethanolamine, Disodium EDTA, Parfum (Fragnance), Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone.


Nawilżająco–matujący krem węglowy do twarzy
Krem jest ciemnoszarego koloru, ma lekką żelową konsystencję i ten sam nietypowy, ale ładny zapach, co żel. Jeżeli chodzi o nawilżenie, to jest wystarczające, nie mogę się w tej kwestii absolutnie przyczepić. Z kolei na mat nie ma co liczyć, czekałam, patrzyłam, niczego nie zobaczyłam - ten krem po prostu nie matuje. Jednak co innego jest największą piętą achillesową tego kremu - choć producent deklaruje, że do produkt zarówno na noc, jak i na dzień, to zdecydowanie na dzień się nie nadaje. Niestety, ale twarz jest po nim poszarzała, wygląda bardzo niekorzystnie, jakby była zaniedbana. Ponadto, jeżeli nie rozsmarujemy go starannie, to nie tylko uzyskamy efekt ziemistej cery, ale także brudnej skóry, bo pozostawi brzydkie szare smugi. A miało być tak pięknie... 

Skład, podobnie jak w wypadku żelu, nie zasługuje na oklaski, choć mogło być gorzej. Głównymi składnikami aktywnymi są:

  • WĘGIEL AKTYWNY - posiada zdolność głębokiego oczyszczania skóry. Wchłania toksyny, martwy naskórek, nadmiar sebum oraz inne zanieczyszczenia z powierzchni oraz głębszych warstw skóry. Skutecznie oczyszcza zablokowane pory, wyrównuje koloryt skóry, zapobiega powstawaniu wyprysków.  
  • KWAS HIALURONOWY - to silny składnik  nawilżający i przeciwzmarszczkowy, który ma zdolność penetracji do głębokich warstw skóry.

Skład: Aqua (Water), Triethylhexanoin, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Trehalose, Glycerin, Caprylic/Capric Triglyceride, Stearyl Alcohol, Carbon Black, Panthenol, Allantoin, Sodium Hyaluronate, Sodium Stearoyl Glutamate, Sodium Polyacrylate, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Triethanolamine, Disodium EDTA, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, DMDM Hydantoin, Parfum.



Podsumowanie
Zaciekawionym tą serią osobom mogę polecić żel, bo powinien się nieźle sprawdzić (a u niektórych może i nawet bardzo?), chociaż sama raczej poprzestanę na jednorazowej przygodzie. Krem natomiast odradzam, ponieważ jest on zwyczajnie niedopracowanym produktem, a jego stosowanie przynosi głównie rozczarowanie.

A wy miałyście coś już z węglowej serii? Jak ją oceniacie?


czerwca 22, 2017

Ryżowy mat! Wibo: Rice Powder

Ryżowy mat! Wibo: Rice Powder


Pudry ryżowe słyną z tego, że utrzymują nieskazitelny mat na długo, co wynika z ich właściwości - absorbują sebum wydzielane w ciągu dnia. Z tego powodu są polecane posiadaczkom cery tłustej i mieszanej (jednocześnie nie powinno się ich nakładać w okolicę pod oczami, bo mogą ją przesuszyć).

Produkt
Puder ryżowy z wibo jest w sklepach dostępny od kilku miesięcy. Postanowiłam go kupić, ponieważ wcześniej miałam już inne pudry tej firmy i bardzo dobrze mi się z nimi pracowało. Produkt jest transparenty, więc poprawnie nałożony (po prostu bez przesadnej ilości) nie będzie bielił twarzy, a sypka forma pozwala nam na lepszą kontrolę przy nabieraniu produktu na pędzel/gąbeczkę. Kosmetyk, podobnie jak puder bananowy, jest zamknięty w małym i lekkim plastikowym słoiczku.

 

Aplikacja
Jak już wspomniałam, to puder w formie sypkiej, czyli w mojej opinii najlepszej, jaką może mieć puder. Kosmetyk nie pyli się jakoś specjalnie, zachowuje się w granicach pudrowej normy. Opakowanie posiada dziurki, które pozwalają dozować produkt np. na wieczko. Aplikację uprzyjemnia zapach pudru - słodki, ale nie drażniący, osobiście uważam, że jest delikatny i bardzo ładny. Nie zauważyłam, aby puder należał do tych wybrednych - u mnie współgrał z każdym podkładem, nie ważąc się, ani nie tworząc ciastka.



Działanie
Matuje, ale nie ma szału w tej kwestii - nie jest to wybitnie długotrwały mat. Sama nie wiem, czy to jego minus, bo jak na puder ryżowy jest bardzo delikatny, dzięki czemu można spokojnie nakładać go także pod oczy i nie przesuszy tej wrażliwej okolicy (potwierdzone info - sama tak robię, bo nie chce mi się bawić z dwoma pudrami). W związku z tym mam mieszane uczucia, bo z jednej strony nie utrzymuje matu tak dobrze, jak inne pudry ryżowe, ale jednocześnie jest od nich delikatniejszy dla skóry.

Na twarzy wygląda ładnie i naturalnie, nie tworzy efektu maski, a po kilku godzinach zaczyna się błyszczeć, ale nie wygląda jakoś nieestetycznie. A po zdjęciu nadmiaru sebum np. chusteczką, można spokojnie twarz przypudrować, a na skórze wciąż nie będzie żadnych podkładowo-pudrowych grudek. 


Skład
Skład, jak na drogeryjny, prezentuje się naprawdę nieźle. Jest ultra krótki, a na pierwszym miejscu rzeczywiście jest ryż (a konkretniej skrobia z ryżu). Pod tym względem prezentuje się lepiej od popularnej ecocery, która wcale nie jest taka eko* ;). Nie jest idealnie - Caprylyl Glycol podejrzewa się o komedogenność (czyli zapychanie, ale ja osobiście nie zauważyłam żadnych negatywnych skutków używania tego ryżu, a moja cera bardzo lubi się zapychać...). Z kolei Phenoxyethanol to średnio przyjemny konserwant, podejrzewany o negatywny wpływ na układ nerwowy. Jak już mówiłam - nie ma więc cudu, ale szczerze uważam, że jak na kosmetyk typowo drogeryjny, w dodatku marki, która nigdy nie aspirowała do naturalnej, jest naprawdę dobrze. Nie czarujmy się, wibo to rossmannowska taniocha, a skład tego pudru jest chyba najlepszy wśród wszystkich tego typu produktów w tej drogerii...

Pełen skład: Oryza Sativa Starch, Magnesium Stearate, Caprylyl Glycol, Phenoxyethanol, Hexylene Glycol.

*Puder z ecocery ma bardzo zbliżony skład, ale nie posiada... ryżu. Podczas gdy w Wibo znajduje się skrobia z ryżu siewnego, w ecocerze znajduje sie Dimethylimidazolidinone Rice Starch, czyli produkt otrzymywany w reakcji skrobi ryżowej z innymi związkami (a do tego również ma w składzie Phenoxyethano). Słowem: oba pudry są do siebie bardzo zbliżone, ale Wibo ma jednak więcej wspólnego z pudrem ryżowym.



Podsumowanie
Ja po ten puder będę sięgać, bo z naturalną kolorówką wciąż mam na bakier i jestem w fazie (rozczarowujących) eksperymentów. Ten produkt nie jest bez skazy, ale jak na kosmetyk do makijażu, który nie jest naturalny ani mineralny i tak jest w porządku. Na jego korzyść przemawia także cena i dostępność. Jeżeli ktoś szuka matu od rana do wieczora może się rozczarować, ale wydaje mi się, że większość z osób, które po niego sięgną, będzie zadowolona, bo to bardzo przyjemny produkt. Mogę go szczerze polecić do codziennego użytku, bo sama jestem z niego zadowolona.

Któraś z was miała już w rękach tę ryżówkę od wibo? A może macie jakichś innych ryżowych ulubieńców? O bambusowych też chętnie posłucham :)

czerwca 19, 2017

Czarno to widzę... PILATEN: Suction Black mask

Czarno to widzę... PILATEN: Suction Black mask

Początkowo nie dałam się ponieść internetowemu hitowi, który jakiś czas temu budził ogromne emocje w internecie, niedawno jednak za poleceniem ekspedientki z Hebe trafiła w moje ręce osławiona już czarna maska okrzyknięta wybawicielem od wągrów.

Produkt
To maseczka typu peel-off, czyli zasychająca na twarzy, a po zastygnięciu gotowa do ściągnięcia, co należy zrobić poprzez odklejanie jej od skóry. Maska ta jest produktem azjatyckim, ale, co ciekawe, nie koreańskim, jak większość hitów z Azji, lecz chińskim.


Aplikacja
Maskę przeciw zaskórnikom powinno się aplikować na odpowiednio przygotowaną skórę, czyli po tzw. parówce lub chociaż przemyciu ciepłą wodą, aby otworzyć i rozszerzyć pory. Ja stawiam jednak na gorącą parę wodną, bo daje lepszy efekt. Na rozpulchnioną ciepłem twarz możemy nałożyć maseczkę. Jest ona bardzo gęsta, w związku z czym lepiej sprawdzi się cienka warstwa. W teorii można ją nakładać na całą twarz, ja jednak rozłożyłam ją częściowo, na trzech najbardziej problematycznych partiach: czole, nosie i brodzie. Zdecydowałam się na ten sposób dlatego, że tę maskę zrywamy, a ma ona za zadanie przylepienie się do skóry i wyciągnięcie zaskórników, poprzez, tak de facto, „wyrwanie” ich. W ten sam sposób możemy niechcący wydepilować sobie twarz, a że ja posiadam tylko niewidoczny i bardzo delikatny meszek, nie mam czego depilować i nie chcę tego zmieniać ;)
 
 

Według zaleceń producenta maseczkę powinno się trzymać na skórze od 10 do 15 minut. Ja dwa razy trzymałam ją przez zalecany czas, a raz dałam jej pół godziny. Po upływie wyznaczonego czasu maska jest zaschnięta na twarzy (przez co ściąga nieco skórę) i gotowa do zerwania. Odchodzi dosyć gładko i bezboleśnie, niemal w całości, pozostawiając jedynie minimalne resztki na skórze.

Działanie
Jak już mówiłam, maska ma teoretycznie wyciągnąć z naszej twarzy wągry i pozostawić naszą cerę czystą i gładką. Ja zadbałam o odpowiednie przygotowanie swojej cery przed nałożeniem maski (oczyszczanie+parówka), a jednak jej efekt mnie nie porwał. Fakt, coś tam wyciągnęła, ale nie za dużo. Sytuacja wyglądała tak samo zarówno, gdy trzymałam ją przez czas wyznaczony przez producenta, jak i dłużej, oraz kiedy stopniowałam jej ilość, stosując cieńszą i grubszą warstwę. Muszę przyznać, że skóra rzeczywiście jest po niej nieco milsza w dotyku, ale nie zasługuje na miano zabójcy zaskórników. Rozczarowałam się.


Skład
No cóż, nie ma tu się co oszukiwać, wykonanie zgodne ze stereotypem na temat rzeczy pochodzenia chińskiego - kiepskie. Skład to niemal sama chemia, nic godnego uwagi. Przypomina bardziej klej, niż maseczkę. Nic dziwnego - mamy w niej składnik klejów i lakierów (Polyvinyl alcohol), konserwanty, syntetyczny barwnik. To dobry przykład tego, że nie warto sugerować się długością składu, bo choć w większości wypadków rzeczywiście im krótszy skład, tym treściwszy, to jednak zdarzają się wyjątki potwierdzające regułę, jak ten tutaj.

Pełen skład: Water, Polyvinyl alcohol, The Daily Dye, Glycerol, Propylene Glycol, The Diazonium Imidazolidinyl Urea, Iodopropynyl butyl Carbamate, Glycol, Flavor


Podsumowanie
Osobiście nie polecam, zawiodłam się mocno. Być może miałam zbyt wygórowane oczekiwania, ale spowodowały to wszechobecne ochy i achy, do których źródła nie widzę. Szczerze? Chyba wywalę ją do kosza, bo dużo zabawy, a efekty niemal żadne. 

Oczywiście może to być kwestia skóry, ale... zaciekawionym radzę zakupić opakowanie węgla aktywnego w aptece i odpowiednio rozrobić tabletkę z wodą i żelatynką. Skutek będzie taki sam, skład nieco lepszy, a koszt groszowy.

Któraś z was miała tę maskę i należy do grona zachwyconych (w takim wypadku zazdroszczę, bo u mnie niestety problem zaskórników będzie miał się dobrze...)? A może niestety z przykrością stwierdziłyście, że to jednak bardziej kit, niż hit, tak jak ja?

Cena: 15-20zł 
Pojemność: 60g

czerwca 14, 2017

Kolejne aloesowelove? Nie tym razem... L'biotica: Maska aloesowa

Kolejne aloesowelove? Nie tym razem... L'biotica: Maska aloesowa

Maseczki w płachcie to moja miłość (do czego przyczyniły się maseczki koreańskie), dlatego chętnie próbuję różnych wersji dostępnych na rynku. Tym razem sięgnęłam do rodzimej firmy - L'biotici. Skusiłam się na wersję aloesową i węglową korzystając z promocji w Hebe, kupując je za połowę wcale niemałej ceny (regularna wynosi 20zł).

Produkt
Najpierw zdecydowałam się na wersję aloesową, która ma za zadanie oczyścić i jednocześnie zregenerować naszą skórę. Producent obiecuje, że efekt będzie widoczny już po pierwszym użyciu, jednakże zabieg dla optymalnego i trwałego efektu powinno powtarzać się 1-2 razy w tygodniu, czyli tyle, ile ogólnie powinno się stosować maseczki. 

Maska jest zapakowana podwójnie - z wierzchu znajduje się karton będący osłoną dla właściwej torebki z maseczką. 

Aplikacja
Przebiega standardowo, jak na tego typu maseczki przystało, co producent oznajmił na opakowaniu. Maska jest mocno nawilżona, ale nie cieknie z niej. Płachta jest wykonana z dosyć grubego materiału, który nie za bardzo chce współpracować - za duże maski z cienką tkaniną można spokojnie przyklepać do podbródka, ta jednak na to nie pozwala i odstaje. Co więcej jest bardzo nieforemna, wycięcia są poprowadzone w taki sposób, że niezbyt dobrze układa się ją na twarzy. Słowem, aplikacja nie należy do najłatwiejszych jak na maskę w płachcie.



Działanie
Maska nawilża i jest łagodna, nie podrażniła mnie w żaden sposób. Nie zauważyłam żadnego oczyszczenia swojej cery, ani rozjaśnienia pozostałości po niedawno zagojonych zmianach skórnych. Jest w porządku, ale szczęka z wrażenia mi nie opadła. Jest po prostu średnia aż do bólu.

Skład
Tu się trochę poprzyczepiam, bo producent kusi naturalnością. Na opakowaniu znajduje się informacja, że sok z aloesu w maseczce jest stuprocentowy i stanowi główny składnik aktywny. Ponadto możemy przeczytać, że maska ta jest pozbawiona parabenów i SLS. A jak to wygląda w rzeczywistości? Soku jest sporo, znajduje się na czwartym miejscu w składzie. Oprócz niego wysoko znajduje się także gliceryna i ekstrakt z portulaki pospolitej. Szkoda tylko, że dalej niestety mamy już głównie mało przyjemne substancje jak alkohol, konserwanty czy substancje zapachowe.


Pełen skład: Aqua, Butylene Glycol, Glycerin, 1,2-Hexanediol, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Sodium Hyaluronate, Portulaca Oleracea Extract, Alcohol, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Phenyl Thrimethicone, Dipotassium Glycyrrhizate, Phenoxythanol, Carbormer, Arginine, Xanath Gum, Sodium Polyacrylate, Trisodium, Ethylhexylglicerin, Parfum, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate.



Podsumowanie
No powiem wprost - dupy mi nie urwała. Plus za to, że aloesu, gliceryny i portulaki jest całkiem sporo jak na ogólnodostępną maskę typowo drogeryjną Minus za nieprzyjemną tkaninę i dużo chemii. A ja chemię wybaczam, ale wtedy, gdy widzę robiące wrażenie efekty. Jednak największą piętą achillesową jest cena - maski azjatyckie są coraz lepiej dostępne, w tym stacjonarnie, a ich ceny wahają się od 10 do 40zł. W tym wypadku propozycja L'biotica nie wypada zbyt korzystnie, skoro jakość nie jest zachwycająca, lecz jedynie niezła. Dlatego też raczej jej nie polecam i sama więcej jej nie kupię. Chociaż kusi mnie ta wersja bąbelkująca, ktoś może mi ją polecić (lub odradzić...)? :P

Cena: 20zł
Pojemność: 23ml
PAO: jednorazowego użytku



czerwca 12, 2017

Łaciaty koszmarek! Manhattan: Fresher Skin [podkład]

Łaciaty koszmarek! Manhattan: Fresher Skin [podkład]

Podkład ten łudząco przypomina fluid o tej samej nazwie marki Rimmel. Z resztą przekonałam się, że nie tylko wygląd je łączy, lecz również wiele innych podobieństw...

Produkt
Posiadam podkład w odcieniu 30 soft porcelain, czyli najjaśniejszy z obecnej gamy, wynoszącej w sumie cztery kolory (soft porcelain, classic ivory, true ivory, soft beige). Fluid jest zamknięty w małym szklanym słoiczku, co jest poniekąd wydajnym (można dzięki temu zużyć podkład do cna), ale również niehigienicznym rozwiązaniem (paluchy w słoku=więcej bakterii). Dużą zaletą jest filtr, który fluid posiada - SPF 15.



Aplikacja
Nakładanie tego podkładu to istna droga przez mękę. Fluid ma wodnistą konsystencję, która bardzo szybko zastyga w kontakcie ze skórą. W efekcie tego bez bazy lub tłustego kremu zaczyna się rolować, z kolei mając poślizg w miarę daje się rozprowadzić, trzeba jednak robić to szybko i wprawnie, bez dokładania kolejnych warstw podkładu. Fluid ten nie współgra ani z pędzlem, ani z gąbeczką, bo zostaje na narzędziu, zamiast na twarzy, tworząc plamy - jedynie palce jakoś się sprawdzają. 






Wygląd
Nie spodobał mi się ten podkład, ale jedno muszę mu przyznać - ma świetny jasny kolor, który pozornie w słoiczku może wydać się ciemny, jakby łososiowy, jednak już na skórze... jaśnieje? Cóż, większość fluidów ma tendencję do ciemnienia, ten na skórze po rozsmarowaniu bieleje.  

Podkład sam w sobie jest matowy, jednak szybko traci się ten efekt, wymaga więc dodatkowego przypudrowania. Niestety, szybko zaczyna wyglądać źle, bo chociaż nie ciemnieje, to łatwo się ściera i bardzo brzydko waży. 




Skład
Na oficjalnej stronie firmy przy informacjach o tym produkcie składu brak. Jest dostępny jedynie na opakowaniu podkładu i tylko w wersji dla ciekawskich ryzykantów - znajduje się pod nalepką z kodem kreskowym, dopiero po odklejeniu jej mamy dostęp do inci, które... no cóż, podkłady drogeryjne nie są kolorówką mineralną, nigdy nie mają więc za bardzo wspólnego z naturą. Jest kilka fajnych składników jak, np. sok aloesowy, ekstrakt z rumianku, wyciąg z alg, ale ich ilość jest nikła.

Skład: Aqua/Water/Eau, Propylene Glycol, Ethylhexyl, Methoxycinnamate, Caprylic/Capric Tryglicerid, Talc, Polymethyl Methacrylate, Titanum Dioxide, Myristic/Palmitic/Stearic/Ricinoelic/Eicosanedioic Glycerides, Sorbeth-30, Tetrasosteratr, Kaolin, Glycerin, Dicaprylyl Ether, Dipropylene Glycol, Phenoxyethanol, Sorbitan Sesquisostearate, Acrylates/Beheneth-25 Methacrylate Copolymer, Parfum/Fragnance, Chlorphenesin, Sodium PCA, PPG-8-Ceteth-20, Cyclopentasiloxane, Xanath Gum, Ethylhexylglycerin, Tocopheryl, Acetate, Polyurethane-14, Sodium Hydroxide, Dimethiconol, Disodium EDTA, AMP-Acrylates Copolymer, Biosaccharide Gum-1, Hexyl Cinnamal, Dextrin Palmitate, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Aminomethyl Propanol, Butylphenyl, Methylpropional, Benzyl Salicylate, Linalool, Geraniol, BHT, Tocopherol, Citronellol, Alpha-Isomethyl Ionone, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Chamomilla Recuitta (Matricaria) Extract, Cucumis Sativus (Cucumber) Fruit Extract, Algae Extract, Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate, Citric Acid, Ascorbic Acid, Potassium Sorbate, Sodium Sulfite, Sodium Benzoate, May Contain (+/-): Titanium Dioxide (CI 77891), Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499).



Podsumowanie
Opakowanie, aplikacja, wygląd, ważność po otwarciu, cena - to wszystko łączy go z podkładem Fresher Skin od Rimmela (o którym pisałam tutaj). Czym zatem się różnią? Kolorem - propozycja ze strony marki Manhattan jest dużo jaśniejsza, to kolor idealny dla bladolicych, podczas gdy najjaśniejszy odcień z Rimmela jest dosyć ciemny i dodatkowo oksyduje. Jednakże, jeżeli kogoś pokusi jednak na któryś z tych podkładów, to pomimo ciemnienia, polecam jednak wersję rimmelowską. Wynika to stąd, że choć aplikacja jest drogą przez mękę, można coś z niego wyciągnąć, podczas gdy Fresher Skin od Manhattana to już kompletna porażka. Co cóż po kolorze, którego nie można nawet użyć...?

Cena: 38zł
Pojemność: 25ml
PAO: 15m

czerwca 05, 2017

Skuteczny i jednocześnie delikatny demakijaż? Tak! Czyli Sylveco: Lipowy płyn micelarny

Skuteczny i jednocześnie delikatny demakijaż? Tak! Czyli Sylveco: Lipowy płyn micelarny

 
Dla mnie demakijaż jest niezwykle ważny, bo nie przepadam za zbyt długim chorzeniem w makijażu i zmywam go od razu po powrocie do domu. Jest też pierwszym etapem popołudniowej/wieczornej pielęgnacji i wykonuję go bardzo dokładnie - aż nie zobaczę, że któryś wacik po przyłożeniu do twarzy jest całkowicie czysty. 

Produktów do demakijażu jest bardzo wiele: mleczka, płyny micelarne, płyny dwufazowe, płyny i toniki w jednym oraz żele. Osobiście najbardziej lubię płyny micelarne, ale niejednokrotnie się nacięłam szukając naprawdę wartego uwagi produktu tego typu. Aż w końcu znalazłam kilka, a jednym z nich jest właśnie lipowy płyn micelarny. 


Produkt
Producent deklaruje, że płyn ten jest delikatny, a przy tym skuteczny - ma radzić sobie dobrze nawet z wodoodpornym makijażem. Dodatkowo, ze względu na swój skład jest polecany w pielęgnacji okolic oczu, jako że powinien łagodzić podrażnienia i zmniejszać zaczerwienienia. Ma za zadanie także nawilżać, osłaniać oraz poprawić sprężystość i elastyczność skóry. Poprzeczka ustawiona wysoko. 


Aplikacja
Buteleczka posiada dziubek na zatrzask, taki sam jak w hibiskusowym toniku, charakterystyczny dla tego rodzaju produktów. Płyn, jak to płyn micelarny, jest wodnistej konsystencji, dzięki czemu nietrudno nanieść go na wacik. Zapach kosmetyku jest subtelny - nie drażni w żaden sposób, ale nie ma też powodu do zachwytu. 


Działanie
Z makijażem rzeczywiście radzi sobie dobrze (z wodoodpornym również - na co dzień używam wodoodpornych kredek do oczu), o ile damy mu chwilę. Nie lubię trzeć oczu, więc nasączam płynem płatki kosmetyczne i przykładam je na chwilę do oczu. Zwykle powtarzam jeszcze raz tę czynność i oczy są niemal całkiem czyste (ewentualną resztę kosmetyków domywam delikatnie rumiankowym żelem do mycia twarzy). Z podkładem, pudrem i całą resztą kolorówki radzi sobie bez problemu od razu - nie potrzebuje dodatkowego czasu na rozpuszczenie zwykłej, niewodoodpornej kolorówki.

Płyn jest bardzo delikatny, absolutnie nie podrażnia oczu ani delikatnych czy zranionych miejsc na twarzy. Nie powoduje ściągnięcia i wysuszenia skóry. Jako dwudziestolatka na temat poprawy elastyczności i sprężystości wypowiedzieć się nie mogę, bo problem ten jeszcze mnie nie dotyczy.

Macie problem z tym, że większość miceli sprawia, że macie ochotę wypłakać sobie oczy lub piecze was cała twarz? Wybierając ten pożegnacie się z tym problemem. Dodatkowo, płyn jest hypoalergiczny, nie posiada żadnych chemicznych drażniących  substancji. O ile więc nie macie uczulenia na któryś konkretny składnik - np. na lipę - to nie będzie lipy. Obiecuję.


Skład

Jak w każdym kosmetyku od Sylveco, jest dosyć krótki i w pełni naturalny. Płyn nie jest lipowy tylko z nazwy, bo ekstrakt z polskiej lipy szerokolistnej widnieje na drugim miejscu w składzie. Głównymi składnikami aktywnymi są:

  • Lipa szerokolistna - ekstrakt z kwiatów lipy zawiera duże ilości związków śluzowych o właściwościach osłaniających i nawilżających. Ponadto w składzie znajdują się także witaminy, flawonoidy, przeciwutleniacze i sole mineralne. Lipa działa łagodząco i kojąco na podrażnienia skóry wokół oczu.
  • Aloes zwyczajny - ma w sobie kwas salicylowy, działa przeciwbakteryjnie i przeciwzapalnie, regeneruje komórki. Sok z aloesu koi, łagodzi i zmniejsza zaczerwienienia i podrażnienia.
  • Hydrolizowane proteiny owsa - zawierają m.in globuliny (awenalina), prolaminy (gluten), gluteiny (awenina), miozynę, wolne aminokwasy (np. glutaminę i prolinę). Mają zdolność przenikania przez warstwę rogową skóry, gdzie wiążą wodę, dzięki czemu utrzymują właściwie nawilżenie skóry. Dodatkowo wykazują działanie ochronne, zmiękczające i wzmacniające.

Pełen skład: Aqua, Tilia Platyphyllos Flower Extract, Decyl Glucoside, Glycerin, Panthenol, Allantoin, Hydrolyzed Oats, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Lactic Acid, Phytic Acid, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid.


Podsumowanie
Jak już wspomniałam, jest to jeden z najlepszych i najprzyjemniejszych płynów miecalarnych z jakimi miałam do czynienia, który jest przy tym dobrze dostępny i niedrogi (jasne, można kupić micela za około 10zł, ale tutaj mamy jeszcze jakość idącą w parze z dobrym składem). Jedyną rzeczą do jakiej na upartego mogłabym się przyczepić jest zapach - dla fanki mocno owocowych i słodkich zapachów takiej jak ja, ten jest po prostu nijaki.

 A wy znacie jakiś godny polecenia płyn do demakijażu? :)
 
Cena: 16-20zł
Pojemność: 200ml
PAO: 6m
Dostępność: Natura, Drogerie Polskie, sklepy zielarskie, sklepy internetowe, apteki

czerwca 03, 2017

Odsłoń nogi na lato... z drogerią Rossmann

Odsłoń nogi na lato... z drogerią Rossmann

Rossmann zorganizował kolejną promocję z myślą o klubowiczkach, która ruszy już niebawem. Podobnie jak miniona promocja na pielęgnacje twarzy, ta również będzie działać na zasadzie 2+2; za dwa droższe produkty płacimy, a pozostałe dwa otrzymujemy gratis.

Tym razem akcja obejmuje produkty do pielęgnacji stóp i paznokci oraz depilacji, czyli maszynki, kremy i plastry do depilacji, żele do golenia, balsamy do stóp oraz lakiery do paznokci. Promocja rozpocznie się 10.06. i potrwa do 19.06. lub wyczerpania zapasów. Uwaga, opcja 2+2 obowiązuje w wypadku posiadania aplikacji Klub Rossmann i będzie można skorzystać z niej tylko jeden raz. Domyślam się, że w wypadku nieposiadania karty rabat będzie przysługiwał na takiem samej zasadzie, jak przy braku karty klubowicza podczas akcji promocyjnej na pielęgnacje twarzy - 2+1, czyli tylko jedną rzecz otrzymamy gratisowo.

Z jednej strony fajna akcja, z drugiej to też świetnie pokazuje, jak wielkie jest w drogeriach przebicie, skoro przy takich akcjach i tak swoje zarabiają... ;)

Wy się na coś skusicie? Bo ja prawdę mówiąc jeszcze nie wiem. Może na lakiery, tego nigdy za mało w moim wypadku. Natomiast na pewno podaruję sobie kremy i balsamy do stóp, bo dedykowane im kosmetyki działają u mnie tak samo, jak balsamy skierowane ogólnie do ciała, a więc dla mnie to zbędny kosmetyk - wystarczy mi jeden produkt do ciała, którego używam także do stóp.